Wiadomość
2009-10-12w klubie: Rower jest OK! Relacja laureatki
Zapach kwitnącej wiśni w Goworowie
Jest takie miejsce niedaleko Międzylesia i Międzygórza, gdzie możecie
poczuć się jak w dalekiej Japonii, gdzie możecie oderwać się od spraw
codziennych, poczuć smak alg i zielonej herbaty, zatracić się bez
reszty w kuchni japońskiej.
Dzięki uprzejmości pani Małgorzaty Olejniczak, właścicielki hotelu
Terra
Sudeta w Goworowie, Wydawnictwu Pascal oraz naszym
Rodzicom
mogliśmy spędzić niezapomniany weekend u podnóża Parku Krajobrazowego
Masywu Śnieżnika. Pani Małgorzata ufundowała nagrodę za II
miejsce w
konkursie Pascala „Rower jest ok.”, Wydawnictwo Pascal
wyróżniło tekst
mojego Taty „W
kraju
Bałtów. Rowerem do Rygi!”,
który ja wysłałam na
konkurs, drugim miejscem. Rodzice odstąpili nam nagrodę. Jesteśmy zatem
wszystkim bardzo wdzięczni i bardzo serdecznie dziękujemy.
Do Goworowa z Pieszyc mieliśmy do przejechania około 80 kilometrów,
dotarliśmy na miejsce przed godziną 17 w piątek. Zostaliśmy bardzo
serdecznie przywitani przez dwie przemiłe panie z obsługi hotelowej.
Pokazały nam one nasz apartament orientalny i umówiliśmy się na kolację
japońską na godzinę 19:30. Żeby nie marnować czasu poszliśmy na spacer.
Goworów okazał się bardzo małą mieściną, przepięknie położoną, gdzie
panuje błogi spokój. Kto marzy o odpoczynku od zgiełku i hałasu, na
pewno znajdzie go w Goworowie. Spacer okazał się bardzo przyjemny.
Mogliśmy podziwiać zapierające dech w piersiach widoki, słuchać ptaków
i po prostu odpocząć. O umówionej godzinie wróciliśmy do hotelu, gdzie
mieliśmy przejść kurs kuchni japońskiej maki sushi. Zostaliśmy
przebrani w specjalne stroje, a następnie próbowaliśmy naszych sił w
przygotowaniu sushi. Nie wychodziło nam to tak
profesjonalnie jak
paniom z kuchni, ale dzięki otrzymanej książce wydawnictwa Pascal od
pani Małgorzaty „Przewodnik
kulinarny. Japonia” oraz specjalnym setom
do robienia maki sushi wraz z podstawowymi składnikami będziemy mogli
poćwiczyć przygotowanie tej wcale niełatwej potrawy w domu. Do
przygotowania maki sushi potrzebna jest specjalna mata, którą należy
rozłożyć, a na niej umieścić arkusz nori – mówiąc językiem laika, to
jest to zielone, co obejmuje całą potrawę i wygląda początkowo jak
zwykły zielony papier. Z początku nawet miałam obawy, czy oby na pewno
to się je… Wcześniej musimy przegotować ryż oraz dodatki, które chcemy
umieścić w środku. Może to być marchewka, ogórek czy papryka pokrojone
najlepiej w paski długości arkusza nori. Mając arkusz nori na macie,
nakładamy na niego cienką warstwę ryżu pozostawiając od góry około 2
centymetrów,
następnie rozkładamy dodatki na ryżu. Teraz musimy bardzo
mocno zwijać matę wraz z
zawartością w rulon.
Gotowe sushi kroimy na
1,5 cm kawałki. Można podawać z sosem sojowym, co daje wyśmienity
smak.
Po kursie zostaliśmy zaproszeni do specjalnie dla nas przygotowanego
pokoju japońskiego. Na stole stały świeczki i cała zastawa japońska,
czerwone wino, z którego ze względu na mój błogosławiony stan musiałam
zrezygnować, ale za to Krzysiu nie narzekał. Wystrój salonu pozwalał
nam czuć się wyjątkowo. Wszędzie były motywy japońskie: lampy,
laleczki, parasole, obrazy, części kimon – w tle muzyka japońska. Panie
pokazały nam, jak posługiwać się pałeczkami. Początkowo szło nam to
bardzo nieudolnie, ale z chwilą podawania kolejnego i kolejnego dania w
ogóle nie myśleliśmy o tym, że jemy pałeczkami, a nie widelcem i nożem.
Szczerze mówiąc, wcale nie jest to takie trudne jak to sobie każdy
wyobraża. Po
zjedzeniu całej miski sushi nieźle napełniliśmy nasze
brzuchy, a okazało się, że to dopiero początek prawdziwej uczty. Drugim
daniem był makaron, niestety nie pamiętam fachowej nazwy, następnie
sałata, której przepis również muszę wziąć od pani Małgorzaty, bo
smakowała wybornie. Później została nam podana zupa, którą zjedliśmy…
pałeczkami. Okazuje się, że najpierw wybiera się warzywa znajdujące się
w zupie, a następnie wypija ją jak zwykłą herbatę – smakowała
znakomicie. Na koniec, kiedy myśleliśmy, że nasze żołądki nic więcej
już nie zmieszczą dostaliśmy danie, któremu nie mogliśmy się oprzeć, po
tym jak je posmakowaliśmy - kurczak na słodko z ryżem. Nie
można
zapomnieć również o podwieczorku, który nie dosyć, że wyglądał
świetnie, to jeszcze lepiej smakował. Oczywiście były przeróżne
przystawki: korniszony, sałatka z alg, ogórki z rybką, przepyszne
orzeszki.
Do
picia prawdziwa japońska herbata w specjalnych
czajniczkach. Wszystko oczywiście miało swoje fachowe japońskie nazwy,
których nie jestem w stanie niestety teraz powtórzyć. Około godziny 22
wróciliśmy przepełnieni jedzeniem i wrażeniami do naszego apartamentu i
zasnęliśmy jak baranki.
W sobotę rano zjedliśmy wyśmienite śniadanko ze swojskim chrupiącym
chlebem, powidłami ze śliwek, do wyboru również były przepyszne
pasztety i wędliny własnej roboty. Doceniliśmy wówczas polską kuchnię,
która ma przecież tyle do zaoferowania. Postanowiliśmy wybrać się na
wycieczkę, pogoda była bardzo ładna jak na koniec września.
Przejechaliśmy przez Małą Wieś do Międzygórza. Zatrzymaliśmy się tam
przy Wodospadzie Wilczki, najwyższym 22-metrowym,( poza karkonoskimi)
wodospad Sudetów na rzece Wilczce. Nieco wyżej, idąc czerwonym szlakiem
dojść można do Ogrodu Bajek. My
wybraliśmy, ze względu na
siedmiomiesięcznego Kubusia w moim brzuchu nieco łagodniejszą, chociaż
dla mnie, nie pozbawioną wysiłku żółtą trasę za pensjonatem „Sarenka”.
Ogród Bajek powstał po I Wojnie Światowej i został założony przez
Izydora Kriestena, który tutaj na wysokości 780 m npm wybudował sobie
dom; przy wejściu do ogrodu widoczna jest piwnica i część fundamentu. Z
korzeni drzew tworzył swoje dzieło przez około 20 lat, później
pozostawiony bez opieki ogród uległ znacznemu zniszczeniu. Ogród bajek
został oddany do zwiedzania po remoncie w roku 1986. Dla dzieci jest
niezwykłą atrakcją. Spotkać tutaj możemy Koziołka Matołka, Jasia i
Małgosię, Czerwonego Kapturka, ale również współczesne Muminki czy
Schreka.
Z Międzygórza pojechaliśmy przez Międzylesie i Boboszów do naszych
sąsiadów w miejscowości położonej najbliżej granicy, czyli
do małego
miasteczka o wdzięcznej nazwie Kraliky. Miasteczko liczące zaledwie 5
tysięcy mieszkańców leży u podnóża góry Jera. Nad miasteczkiem widoczny
jest klasztor na Górze Matki Boskiej, do którego prowadzi aleja z
licznymi kapliczkami. Alejka jest dla wytrwałych piechurów z niezłą
kondycją, pod koniec prawie pionowa. Sama się dziwię, że w siódmym
miesiącu ciąży doszłam na sam szczyt. Miałam tam pewną intencję do
zostawienia i pewnie to dodało mi sił we wspinaczce. Z góry rozciąga
się przepiękny widok na całą okolicę.
W drodze powrotnej nie mogliśmy nie zatrzymać się w Międzylesiu, gdzie
koło ryneczku jest zamek. Niestety jest on dosyć mocno zniszczony i na
szczęście jest już w rękach prywatnych, co może oznaczać
odrestaurowanie tego budynku. Już w jednej z części mieści się hotel i
restauracja.
Do hotelu wróciliśmy bardzo zmęczeni i szczęśliwi, że tyle udało nam
się zobaczyć i że pogoda tak nam tego dnia dopisała. Czekała na nas
pyszna kolacja, ku uciesze mego męża znów z butelką wina. Obiadek był
przepyszny z fantastycznym smakiem zupy marchewkowej z imbirem i z
wykwintnym drugim daniem. Jednak nie mogłam się zachwalić smaku
francuskiej tarty Tarte Tarin z jabłkami, którą podano nam na ciepło ze
śmietaną.
W niedzielę po śniadanku udaliśmy się jeszcze na msze świętą do
pobliskiego kościółka i tutaj znów miła niespodzianka. Zostaliśmy
oficjalnie powitani przez księdza na mszy i włączeni do aktywnego
uczestnictwa w kazaniu. Serdecznie pozdrawiamy księdza z kościoła św.
Piotra i Pawła w Goworowie.
To był weekend niezapomniany. Spotkaliśmy przemiłych ludzi,
zobaczyliśmy bardzo dużo i odpoczęliśmy porządnie. Mamy nadzieję, że
kiedyś jeszcze tam wrócimy już z naszym małym Kubusiem.

Komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Wydawnictwo PASCAL nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.




Komentarze
Zaloguj się » przed dodaniem komentarza (tylko osoby zalogowane mogą oceniać obiekty!)
Brak komentarzy - Twój może być pierwszy!