Wiadomość
2008-11-30Wspomnienia Krzysztofa Skok z wyprawy rowerowej
Sezon rowerowy niestety już za nami, jednak mamy dla Was coś specjalnego: relację Krzysztofa Skok, który postanowił podzielić się swoimi przeżyciami z wyprawy rowerowej na olimpiadę do Pekinu.
Wyprawa rowerowa „Pekin 2008”
Nie miałem pieniędzy, ale miałem marzenia – pojechać na Igrzyska Olimpijskie, zwiedzać „Wschód”, podróżować rowerem. Tak zrodził się pomysł wyprawy rowerowej „Pekin 2008”. Zbieranie funduszy szło bardzo ciężko, ponieważ wszyscy pukali się w czoło mówiąc: „Do tej pory nawet 100 km nie przejechałeś jednego dnia, a teraz chcesz w cztery miesiące pokonać 10 tys. km.!”. A jednak udało się znaleźć sponsorów i 8 kwietnia 2008 roku ruszyłem z Sopotu do Pekinu w samotną podróż rowerową na Igrzyska Olimpijskie, aby móc kibicować „biało – czerwonym”. Trasa prowadziła przez Polskę (Lidzbark Warmiński, Św. Lipka, Giżycko, Suwałki, Sejny), Litwę (Wilno, Niemenczyn), Łotwę (Daugavpils), Rosję (Katyń, Moskwę, Kazań, Ufę, Omsk, Krasnojarsk, Irkuck, jez. Bajkał), Mongolię (Darhan, Ułan Bator, Sajnszand) do Chin (Jining, Datong, Góry Wutai Shan, Wielki Mur Chiński w Badaling). Po drodze
chciałem jak najwięcej zobaczyć i zwiedzić, a także złożyć hołd Polakom, którzy
oddali życie za wolną Ojczyznę. Zapaliłem znicz na Cmentarzu na Rossie, byłem w
Memoriale Katyń i pod pomnikiem we wsi Miszycha, upamiętniającym powstanie
polskich zesłańców na Zabajkalu w 1866 roku. Zwiedzałem także Włodzimierz,
starówkę w Niżnym Nowgorodzie, Kreml w Kazaniu, Nowosybirsk, byłem w trakcie
stanu wyjątkowego na Placu Suche Batora w Ułan Bator, a przed Wielkim Chińskim
Murem spotkałem „naszych” reprezentantów w łucznictwie na IO Pekin 2008.
W podróż
zabrałem ze sobą namiot, ale nie rozstawiłem go ani razu, a w hotelu spałem 7
nocy. Chciałem poznać, jak żyją ludzie, których widywałem w drodze, więc
nocowałem w ich domach (jurtach). Wszędzie witano mnie z niezwykłą
serdecznością, ciekawością, zainteresowaniem, a czasami podziwem czy śmiechem,
ale najważniejsze było dla mnie, że poznawałem ciekawych ludzi. Chcieli ze mną
rozmawiać, zrobić pamiątkowe i to zarówno na Placu Czerwonym, jak i na szlaku
Pustyni Gobi.
Na początku miałem pecha. Do Moskwy jechałem głównie przy padającym deszczu i w zimnie, a na dodatek na wyjeździe ze Smoleńska nabawiłem się kontuzji lewego kolana. Z bólem dotarłem do Moskwy, gdzie jeden lekarz stwierdził, że trzeba operować kolano, a trzech zaleciło odpoczynek, aż przestanie boleć – „może 2 tygodnie, może 2 miesiące”. Ubezpieczyciel nakazał powrót do kraju. Byłem załamany, przecież ledwo przejechałem 1750 km. Postanowiłem jednak walczyć. SMS-owa konsultacja z lekarzami z Polski dała mi nadzieję, że może jednak się uda. Po 12 dniach przerwy ruszyłem w dalszą drogę, aby po 3 kolejnych doznać takiego zatrucia, że traciłem świadomość. Kiedy wyleczyłem zatrucie okazało się, że kolano także nie boli.
Jechałem
więc coraz szybciej, a podróży towarzyszyła modlitwa. Po jakimś czasie modliła
się o powodzenie mojej wyprawy cała Syberia, a szczególnie pracujący tam misjonarze
z Polski i całego świata. Byłem oficjalnie witany na początku Mszy Św. w każdym
Kościele, a po nich były organizowane ze mną spotkania, często bardzo
spontaniczne. Kiedy wydawało się, że już ze zdrowiem jest wszystko porządku,
pewnego dnia wieczorem schodząc z roweru okazało się, że nie mogę chodzić –
padła lewa łydka (159 km w deszczu pod wiatr w dość mocnym tempie). Zauważyło
to dwóch Czeczenów, którzy zorganizowali mi w pobliskim motelu bezpłatny nocleg
– tym sposobem spędziłem 1 z 7 nocy w hotelu. Dzień odpocząłem i ruszyłem
dalej.
Jednak bodajże najtrudniejszym etapem był odcinek Irkuck – Sljudianki. W Irkucku dokonałem planowanej wymiany przerzutki, łańcucha oraz przednich i tylnych zębatek. Nie miałem przedniej zębatki ze sobą i musiałem ją kupić na miejscu. Nie było oryginalnej, więc założyli z mniejszą ilością ząbków. Kiedy następnego dnia ruszyłem w drogę okazało się, że nie mogę przyzwyczaić się do nowych przełożeń. Na dodatek przez cały dzień bez przerwy lało i wiał wiatr, a droga to było 105 km przez góry. Do Sljudianki dotarłem kompletnie wyczerpany.
Po
przekroczeniu granicy rosyjsko – mongolskiej byłem kompletnie wyczerpany. W
czerwcu przejechałem prawie 3,5 tys. km, a tylko pierwsze 700 km było płaskie.
Dalej były tylko podjazdy i zjazdy. Musiałem jednak się spieszyć, aby zostawić
na wizie 2 tygodnie na powrót. Wówczas musiałem zmodyfikować swoje plany – nie
miałem już siły, aby jechać do Pekinu przez rejony Lanzhou i Szanghaju. Armia
Terakotowa musi poczekać. Tempo jazdy zmniejszyło się, a więc więcej czasu poświęciłem
na obserwację życia Mongołów. Wówczas też się trochę działo – akurat były
wybory, a 2 dni po nich w wyniku zamieszek została wprowadzona godzina
policyjna i prohibicja w Ułan Bator. Mi to jednak nie przeszkodziło spędzić wieczoru
przy piwku z trzema rodakami, którzy przyjechali z Polski do Mongolii na
motorach.
W Ułan Bator po raz ostatni także spotkałem misję katolicką – kolejna była dopiero w Pekinie. 250 km za Ułan Bator skończyła się droga, były już tylko szlaki przez kolejne 450 km do granicy z Chinami. Podczas podróży przez Pustynię w pierwszej części do miasta Sajnszand jechał trzymając się budowanej przez Chińczyków drogi. Ale ostatnie 200 km to już tylko miałem za drogowskazy słupy energetyczne. Bywało, że całymi godzinami nikogo nie widziałem, a jednego dnia na 100 km odcinku spotkałem tylko jedną osadę. Ale każdy z napotkanych ludzi sam się zatrzymywał i wręczał mi butelkę wody, a czasami nawet częstował jedzeniem.
W Mongolii
było mało domów (były w kilku osadach i miasteczkach), które zastąpiły jurty.
Jadąc, czasami gdzieś na horyzoncie widziałem stada pasących się owiec, kóz,
bądź koni (czasami były jaki i wielbłądy), a gdy podjeżdżałem bliżej, coraz
jaśniej wynurzały się kontury jurty. Gdy zbliżyłem się do domostwa mongolskich
koczowników, to obok jurty mogłem zauważyć elegancki jeep, antenę satelitarną i
baterię słoneczną, a w środku było DVD i TV. Mongołowie witali niezwykle
gościnnie, chociaż czasami porozumiewaliśmy się tylko na migi. Częstowali czym
mogli, ale do smaku solonej herbaty z mlekiem i bez cukru nie udało mi się
przyzwyczaić.
Szybko okazało się, że Chińczycy wcale nie znają geografii lub znają ją bardzo słabo. Nikt nie wiedział, gdzie jest Polska, czy nawet Europa. Jak się później dowiedziałem, w Chinach nauczają tylko geografii własnego kraju. I widocznie dlatego pewna studentka, która znała podstawy angielskiego i rosyjskiego, pytała się mnie, w jakim języku w Polsce się rozmawia – rosyjskim czy angielskim! Tym niemniej, gdy się rozchodziła wieść, że cudzoziemiec jedzie na „ich” olimpiadę, od razu stawałem się gwiazdą i byłem w centrum zainteresowania wszystkich. Z tym też wiązał się inny problem – każdy chciał mnie karmić. Nie można było odmówić, żeby nikogo nie urazić, więc jadłem i jadłem. Najadłem się chińskich potraw, z których najbardziej smakował mi coubenz. No i wszyscy pozdrawiali mnie okrzykiem „hello”!
Miałem także usterkę roweru – zepsuła się tylna piasta produkcji „Made in China”. Niestety, ale nawet w salonie firmowym GIANT, producenta mojego roweru, nie można było jej dostać. Ale po dniu oczekiwania sprowadzono mi drugą, która wytrzymała już do końca.
Mając sporo
czasu w Państwie Środka, dużo zwiedzałem. Widziałem starówkę w Datong, Groty
Yungang, najstarszą drewnianą pagodę w Chinach w miasteczku Yingxian i Wiszącą
Świątynię koło Hunyuan. A 400 km przed Pekinem zboczyłem z głównej drogi, aby
przez kolejne trzy dni podróżować w górach Wutai Shan. Aby dotrzeć do
pierwszego (najwyższego) szczytu, położonego na 3056 m.n.p.m musiałem pokonać
34 km podjazd, po którym było 5 km płaskiego i kolejne 6 km wspinaczki. Ale
udało się. Do czterech pozostałych szczytów (od 2474 do 2890 m.n.p.m)
prowadziły już tylko żwirowe, kamieniste drogi. Nie odpuściłem jednak.
Spędziłem w górach 2 noce, korzystając z gościnności żyjących tam mnichów.
Zdobycie 5 szczytów Wutai Shan kosztowało mnie jednak kontuzją obu kolan
(bolały mnie już do końca).
1 sierpnia 2008 roku skończyła się zabawa. W Chinach zaczęła się „Akcja Pekin” i zaczęły się kontrole na granicach prowincji, rejonów, itd. Na dodatek zaraz pierwszego dnia milicja próbowała mnie zmusić do nocowania w przez nich wskazanym hotelu. Nie zgodziłem się na to i od tego momentu zaczęli mnie pilnować, a następnego dnia przez kolejne 4 rejony (gminy) jechać za mną, momentami kilka metrów za rowerem. Jeżeli zaś zagabywałem kogoś z miejscowych, milicjanci później przepytywali tę osobę, o co pytałem, jakie pytania zadawałem, itd.
Na cztery dni
przed rozpoczęciem Igrzysk, spotkałem 12 osobową grupę rowerzystów jadących z
Amsterdamu, wspieraną przez 2 kierowców i chińskiego „przewodnika”.
Podróżowałem z nimi ponad dobę. Ich spotkanie ułatwiło mi wjazd w rejon Pekinu,
przed którym na 120 i 110 km były ustawione posterunki kontrolne. Moi nowi
towarzysze podróży powiedzieli swojemu przewodnikowi, że albo jadę z nimi, albo
oni zostają ze mną. A że na nich już czekał z oficjalnym powitaniem w Pekinie
Ambasador Holandii, więc odprawy były szybkie i bez pytań. Jednak na 70 km
przed metą rozstaliśmy się – oni mieli do końca podróży tylko dobę, a ja
jeszcze trzy. Wykorzystałem to na zwiedzanie. M.in. trasą kolarską z Igrzysk
Olimpijskich podjeżdżałem pod Wielki Mur Chiński w Badalingu, a po Murze
chodziłem przy dziennym i sztucznym oświetleniu. Niedaleko od niego nocowałem
pod gołym niebem, pilnowany przez jednego z wolontariuszy, aby nic mi się nie
stało. A następnego dnia obok kas biletowych poznałem sztab szkoleniowy i
polskich zawodników startujących w łucznictwie podczas Igrzysk Olimpijskich.
Do Pekinu dotarłem szczęśliwie i zgodnie z planem 8.08.2008 roku. Mój rower w Pekinie był dla mnie niesamowitym bonusem. Konsulat RP znalazł mi niedrogi hotel z dwuosobowym pokojem do mojej dyspozycji (rower musiał być bezpieczny) oraz byłem na przyjęciu w Ambasadzie Polskiej z okazji „Dnia Polskiego” na Igrzyskach Olimpijskich. Byłem specjalnym gościem w wiosce olimpijskiej, którą zwiedziłem w towarzystwie Leszka Blanika. Poznałem osobiście kierownictwo Polskiej Misji Olimpijskiej włącznie z jej szefem, Panem Kajetanem Broniewskim. Miałem także możliwość zobaczenia warunków, w jakich mieszkali nasi sportowcy oraz porozmawiania z kilkoma naszymi sportowcami. Jeszcze w kraju kupiłem 11 biletów na zawody i okazało się, że miałem wyjątkowe szczęście – byłem świadkiem zdobycia przez reprezentantów Polski trzech złotych medali. Udało się także dokupić kolejne bilety lub też wejść na „zużyte” bilety – na takie numery polskich kibiców służby porządkowe nie były przygotowane. Tak wszedłem zawody, podczas których Jelena Isinbajewa pobiła rekord świata w skoku o tyczce.
Niestety, ale przygoda szybko się skończyła. Pomimo wydłużenia pobytu w Pekinie, 20.08.2008 roku wieczorem ruszyłem do Władywostoku. Po trzech dobach przygód udało się przedostać do Władywostoku, gdzie dzień później wsiadłem do pociągu kolei transsyberyjskiej. Po tygodniu podróży dotarłem do Moskwy. Stamtąd był już tylko pociąg przez Kaliningrad do Malborka i 10 km podróży rowerem do domu rodzinnego w Dąbrówce Malborskiej.
Pełna przygód, ciekawych spotkań, doznań i wrażeń, a także wymagająca wiele wyrzeczeń, samozaparcia, odporności psychicznej i fizycznej wyprawa rowerowa „Pekin 2008” trwała 148, z czego 123 na rowerze (10255 km, 596 godz.). Najdłuższy etap w podróży był z Sejn do Niemenczyna – 202 km.
Uczestnik wyprawy
Krzysztof
Skok z Trójmiasta (rodzinne korzenie sięgają Dąbrówki Malborskiej k.
Malborka). Od 1997 roku student trójmiejskich uczelni, absolwent Politologii na
Uniwersytecie Gdańskim, Europejskich Studiów Specjalnych na Politechnice
Gdańskiej, a obecnie studiuje Zarządzanie i marketing na UG. Pasjonat coraz to
nowszych wyzwań, a podróżując spełnia swoje marzenia. Z odbytych podróży „na
wschód” należy wymienić te najważniejsze: Kazachstan 2004, Ukraina i Mołdawia
2006, Zakaukazie (Gruzja, Armenia, Azerbejdżan) 2007. Obecnie debiut w nowej
roli – wyprawa rowerem na „koniec” świata.
Najważniejsze cele podróży
·
obejrzenie zmagań polskich sportowców na Igrzyskach Olimpijskich w
Pekinie,
· pokonanie rowerem trasy Sopot – Pekin,
·
poznanie kultury i obyczajów mieszkańców Rosji, Mongolii i Chin,
·
przejechanie jednym pociągiem całej trasy kolei transsyberyjskiej,
·
popularyzacja międzynarodowej turystyki rowerowej,
Patronat honorowy
- Arcybiskup Tadeusz Gocłowski – Metropolita Gdański,
- Polski Komitet Olimpijski,
- Pan Marek Kamiński – podróżnik i polarnik,
- prof. UG
dr hab. Andrzej Ceynowa– Rektor Uniwersytetu Gdańskiego,
- Pan Jacek Karnowski – Prezydent Miasta Sopot,
- Pan Paweł Adamowicz – Prezydent Miasta Gdańska,
- Pan Arkadiusz Rybicki – Poseł PO na Sejm RP,
- Pan Józef Poltrok – Konsul Honorowy Litwy w
Gdańsku,
- Pan Krzysztof Figel – Konsul Honorowy Łotwy w
Gdańsku.
Na stronie www.rowerem.zehej.pl możecie znaleźć wiele ciekawych informacji nie tylko o wyprawie, ale także o samym autorze.
Komentarze są prywatnymi opiniami użytkowników serwisu. Wydawnictwo PASCAL nie ponosi odpowiedzialności za treść opinii.



Komentarze
Zaloguj się » przed dodaniem komentarza (tylko osoby zalogowane mogą oceniać obiekty!)
Komu w drogę temu... rower!
2008-12-09 23:29:40Autor: mervol
10.000 km na rowerze z Polski do Chin? Jedni powiedzą, że to wariactwo. Ale ja podziwiam! Bo to naprawdę nie lada wyczyn, godzien nie popukania się po głowie, lecz poklepania po ramieniu i powiedzenia: „stary, odwaliłeś kawał dobrej roboty. Należy ci się duże piwo! Bezalkoholowe, oczywiście”. Takie wspomnienia czyta się z ogromną przyjemnością, a przede wszystkim tęsknotą, czy może raczej marzeniem, by kiedyś, kiedyś samemu podjąć się tego typu wyczynu. Bo jak pokazuje pan Krzysztof – nie trzeba być zawodowym kolarzem, aby pokonywać na „welocypedzie” niewyobrażalne odległości. Wystarczą chyba marzenia, a przede wszystkim chęć do ich spełniania. Wtedy z pewnością dopisze nam i szczęście i ludzie napotykani po drodze, a to już niemal pełen sukces. By dopełnić resztę... trzeba iść do piwnicy albo garażu, wyprowadzić rower na podwórko, wskoczyć na siodełko i... ruszyć w daleki świat.
+ odpowiedz- zgłoś do usunięcia